BEZSTRESOWY BRAK WYCHOWANIA

 

            Miałem ostatnio okazję obejrzeć na internetowym serwisie z filmami krótki filmik nagrany z kamery w supermarkecie. Widać na nim ludzi czekających w kolejce do kasy.Za pewną wysoką kobietą stoi matka z około 5-letnim chłopczykiem. Malec trzyma przed sobą niewielki dziecięcy koszyk na kółkach wypełniony zakupami i regularnie uderza tymże koszyczkiem w nogi kobiety stojącej przed nim. Matka nie reaguje, jakby w ogóle nie widziała tego, co się dzieje, co robi jej dziecko. Po trzecim uderzeniu wysoka pani będąca ofiarą ataków malca odwraca się i zwraca dziecku uwagę, że nie wolno tak robić, że nie życzy sobie być potrącana koszykiem. Matka dziecka milczy. Chłopiec zadziera głowę do góry i z szerokim uśmiechem od ucha do ucha spogląda na ową panią, a gdy tylko ona odwraca się, to z powrotem uderza ją i raz, i drugi i… Wysoka kobieta znów się obraca, spogląda na malca i na jego matkę, po czym wyciąga z dziecięcego koszyczka, którym była przed chwilą potrącana, butelkę mleka, odkręca ją i wylewa całe mleko na głowę chłopca. Błyskawicznie szelmowski uśmieszek znika z twarzy dziecka, chłopiec zanosi się płaczem i zwraca w stronę matki, która do tej pory stała zupełnie bezczynnie i nie reagowała. Rodzicielka szybko unosi przemoczone mlekiem dziecko do góry i przytula do matczynej piersi. Zostawia koszyk z zakupami i rozglądając się nerwowo, wybiega ze sklepu.

Jaki z tego morał? Zapewne wniosków można wyciągnąć co najmniej kilka. Najczęstszymi komentarzami pod filmem były te sugerujące, że wysoka kobieta powinna wylać mleko na głowę matki, a nie dziecka. Mnie nasuwa się wniosek następujący – Jeśli rodzice nie zwrócą uwagi swoim pociechom (lub uwagi na swoje pociechy) sami, jeśli go nie upomną, nie ostrzegą… to prędzej czy później zrobi to ktoś inny i zrobi to w sposób pozbawiony rodzicielskiej miłości, najczęściej zaś zrobi to ktoś będący pod wpływem negatywnych emocji wywołanych niebezpiecznym bądź nieakceptowanym społecznie zachowaniem małoletniego. Czasem takiemu dziecku przyjdzie ponieść konsekwencje braku rodzicielskiego upominania o wiele poważniejsze niż oblanie mlekiem. Ludzie potrafią reagować znacznie bardziej agresywnie na wkurzające zachowanie dzieci, zwłaszcza takich, które nie wyglądają już na dzieci.

Nasuwa się tu też od razu skojarzenie z tak zwanym „bezstresowym wychowaniem”. Chyba wszyscy spotkali się już z tym pojęciem, a jeśli nawet nie, to na pewno spotkali się z jego skutkami. Powyższy przykład uwieczniony za pomocą sklepowej kamery wcale nie jest jakoś szczególnie drastyczny czy przerażający. Większość z nas potrafi wymienić co najmniej kilka podobnych przypadków z własnego doświadczenia, z obserwacji i kontaktu z dziećmi oraz ich rodzicami. Rozkapryszone, rozhisteryzowane, krzyczące i wyzywające własnych rodzicieli maluchy można ostatnio spotkać coraz częściej, a jak mówi stare porzekadło „małe dzieci - małe problemy, duże dzieci - duże problemy”.

Problem z tzw. „bezstresowym wychowaniem” wziął się stąd, iż koncepcja ta zdaje się zupełnie ignorować pojęcie, do którego bezpośrednio się odnosi – STRES. Właśnie zupełny brak lub też ignorowanie wiedzy o stresie leżą u podłoża niestawiania dziecku granic,          niewprowadzania w codziennym domowym funkcjonowaniu norm i zasad, niewymaganiu i niewyciąganiu konsekwencji. Już twórca i propagator pojęcia stresu, który poświęcił 50 lat swojej kariery naukowej na jego badanie, Hans Hugon Selye mówił, że całkowita wolność od stresu to śmierć. Stres bowiem towarzyszy każdej życiowej sytuacji, każdemu zadaniu, wyzwaniu i pracy, towarzyszy on tak samo ślubom, jak i pogrzebom, tak samo imprezom na dyskotece, jak i przygotowaniom do egzaminów. W kontekście tychże słów „bezstresowe wychowywanie”, czy też właściwie brak wychowywania, bo tak najczęściej rozumiane jest w Polsce to pojęcie objęte cudzysłowem, to po prostu „wychowywanie do śmierci”, a nie przygotowywanie do pełni życia.

Nie da się zatem zlikwidować stresu, nie likwidując przy tym życia. Co więcej, jeśli stresu jest za mało, to pojawia się nuda… Tak, tak, to jest to, na co najczęściej narzekają „bezstresowo wychowywane” dzieci. Mamy jednak różne poziomy stresu. Tak zwany dystres, wiążący się z poczuciem totalnej bezradności i wydzielaniem ogromnych ilości kortyzolu, zwanego hormonem stresu, powoduje nawet uszkodzenia mózgu – okresowo niszczy połączenia między dendrytami w hipokampie. Natomiast eustres to taki poziom stresu, który wpływa na nas motywująco, a często związany jest z odczuciem euforii, która pojawia się po osiągnięciu zamierzonego celu, wyzwania, po zwycięstwie. Rodzice powinni zatem zadbać przy wychowywaniu swoich dzieci o to, by miały one jak najwięcej eustresu,, a jak najmniej sytuacji, w których czują się bezradne i bezsilne, w których karane są nie wiadomo za co i nie wiadomo kiedy.

Małym dzieciom potrzebne są jasne, stałe normy i zasady, aby czuły się one w środowisku domowym bezpiecznie. Zrozumiałość i stałość tych zasad jest najważniejsza, zapewniają one utrzymywanie się domowych stresów na poziomie eustresów. Aby dzieci się nas i naszych zasad słuchały, musimy oczywiście mieć autorytet, który im wcześniej zbudujemy, tym prościej będzie go nam utrzymać. Czasem wystarczy po prostu mówić NIE w odpowiedzi na różnorakie zachcianki maluchów i być zwyczajnie bardziej upartym niż własne dziecko. Jeszcze ważniejsza jest konsekwencja w tym, co mówimy i robimy. Bardzo istotną rzeczą jest też to, aby kary związane z nieprzestrzeganiem przez dziecko zasad lub z różnymi zachowaniami, z których jesteśmy niezadowoleni, nie budowały u dziecka tzw. tożsamości negatywnej. W skrócie, jeśli nie chcemy, żeby nasze dziecko myślało o sobie źle i uważało się za złą osobę, trzeba wprowadzać kary zadaniowe, czyli takie, dzięki którym dziecko ma szanse odpracować i naprawić coś, co naszym zdaniem jest złe. Pomaganie tacie i mamie w pracy czy przy różnych domowych obowiązkach okazuje się więc najlepszą dla rozwoju osobowości i dla kontaktu rodzic-dziecko „karą”.

Wniosek jest prosty. Trzeba wziąć na siebie odpowiedzialność za wychowywanie własnej pociechy, bo nie da się wychowywać, nie zwracając uwagi na dziecko i nie informując go o tym, co nam się podoba, a co nie. W tym „wcale nie bezstresowym wychowaniu” najważniejsza jest oczywiście miłość. Przecież wprowadzamy te wszystkie zasady i uczymy dziecko, jak radzić sobie ze stresem i realizować różne życiowe wyzwania nie dlatego, że chcemy je skrzywdzić czy mu zaszkodzić, ale dlatego, że chcemy dla niego jak najlepiej.

                                                                                 Przemysław Horoszkiewicz

                                                                                psycholog Powiatowej Poradni

                                                                               Psychologiczno-Pedagogicznej

                                                                                              w Chojnowie